w kaegorii: How To, dłuższa lektura

Dziś wpadłem na pomysł aby opisać najprawdziwszą historię przesiadki na Maca zaczerpniętą z mojego własnego przykładu. Zapraszam do lektury.

Tak, to prawda. Nie jestem użytkownikiem Mac-a od niepamiętnych czasów, pamiętającym tak tradycyjne wersje Mac OS jak choćby 8 czy 9. Nie bylem dumnym członkiem nurtu Power PC. Dlaczego? Otóż w tych czasach nie miałem zielonego pojęcia o Mac-ach. Wiedziałem, że istnieje firma Apple, że produkuje komputery i stworzyła pierwszy graficzny interfejs użytkownika. Niestety nic poza tym.

 

Zielone pojęcie o Apple

Pierwszy raz przeczytałem o Apple w wydawanym, w czasie mojego uczęszczania do podstawówki, “Świecie Wiedzy”.


Skan “Świat Wiedzy” dział “nauka i technika”

Do dziś mam jeszcze 8 segregatorów tej zbieranej “encyklopedii”.
Kolejny raz przeczytałem o komputerach od Apple w 1999 roku, kiedy wyszła linia 5-kolorów iMaca.
Chętnie przeczytałbym jeszcze raz artykuł o nich, który znalazł się wtedy w SuperExpressie, kiedy nie był bulwarówką. Z opisu wynikało, że jest to komputer przełomowy. Fakt był, gdyż pokazał, że komputer to niekoniecznie rozdzielona jednostka z monitorem, nawet jeśli monitor miałby na niej stać.

Widać powrót Steve’a Jobs’a i reorganizacja w Apple dała tak głośny marketingowy odzew, że nawet ja, użytkownik swojego pierwszego PC-ta, usłyszałem o tej firmie i iMac-u.

Były to jednak czasy, gdzie w szkole, w której się uczylem rządziły PieCyki z Pentium200 z Windowsem’95 na pokładach, a mój domowy PII z 64MB RAMu, 15-gigowym dyskiem i grafiką nVidii (Riva TNT2), był godnym pozazdroszczenia cackiem. Mam go do dziś (co prawda zmodernizowany) a nawet się czasem włącza.
Przez cały czas byłem zapartym wojownikiem. Wojownikiem dla tego, bo użytkowanie Windows trudno nazwać beztroską zabawą. Zewsząd niebezpieczeństwa w postaci nieoczekiwanego braku odpowiedzi ze strony Word’a po niezwykle zasobożernej operacji sprawdzania pisowni. Rozsypka przyporządkowania plików .jpg do jakiegokolwiek programu po deinstalacji Internet Explorera na rzecz Netscape itp. itd.

 

Wszystko dzięki Windows Vista?

Ponieważ nie mam zamiaru wylewać swoich frustracji przejdę od razu do ostatnich miesięcy roku 2006. Wtedy u mnie rządził PC w Windows XP na pokładzie. Zewsząd dochodziły do mnie zapowiedzi o cały czas odsuwającej się premierze rewolucyjnego systemu operacyjnego Windows Vista. W moich oczach nadchodzący ideał. Pełen rewolucyjnych rozwiązań, niezawodny, przestabilny i super wyglądający.
Naprawdę - takie było wtedy moje zdanie.

Jako, że lubiłem modyfikacje wyglądu w systemie, byłem na bieżąco z zainstalowanymi paczkami modyfikującymi XP tak, by wyglądał jak Vista (i uruchamiał się 2 minuty :P).
Wówczas nie przeszkadzało mi, że wydawane publiczne wersje beta nie chciały się instalować np. na notebooku z 256MB RAM (bo nie!). Czekałem na wydanie Visty z niecierpliwością i już przymierzałem się do kupna nowej konfiguracji komputera skrojonej pod niemało wymagający, ale jakże niesamowity system (C2D1.8MHz, 2GB RAM, 250GB HDD, GeForce 7300GT) kosztującej wtedy około 3400 zł.

W początku roku 2007 doszedłem do wniosku, że będzie mi potrzebny jednak notebook. Przejrzałem niemal wszystkie konfiguracje. Trafiłem też na MacBooki (w tym Pro). Przyjrzałem się im, ale nie zrobiły na mnie szczególnego wrażenia (poza wyglądem oczywiście). Ponadto odczytanie ceny sprawiło, że nie myślałem o tych komputerach jako o celu zakupu, niemniej jednak postanowiłem dowiedzieć się o nich czegoś więcej. Nie było wtedy w moim otoczeniu osoby, która powiedziałaby mi w czym rzekomo komputery z jabłuszkiem są dobre, albo po prostu lepsze od pozostałych. Takich informacji musiałem poszukać sam.

Odwiedziłem YouTube i wpisałem frazę “Vista vs. Mac”. Pierwszym rezultatem wyszukiwania okazał się krótki acz treściwy film David’a Pogue z NYT

Hmm… Co? Że jak..? A to dobre sobie :).

Postanowiłem obejrzeć jeszcze raz.
Yyyyy…. no dobra, przypuśćmy, że ma rację, w końcu to nie dziennikarz z czasopisma wymyślającego odwiedziny UFO i płacącego 100 zł zagubionym ludziom za pozowanie do fotografii z palcem pokazującym niebo.

Obejrzałem zatem kolejny rezultat wyszukiwania, a raczej klip tematycznie powiązany…

No nieźle. To przecież skandal i żenada, tyle że w całości po stronie giganta z Redmond.
Ponieważ zarówno pierwszy jak i drugi film były zabarwione humorystycznie, stały się łatwo przyswajalne i chętnie je obejrzałem chyba jeszcze dwukrotnie.

W ten oto łatwo przyswajalny sposób prysł mit rewolucyjnej Visty.

 

Co to je i czym to się je…

Obejrzałem jeszcze kilka porównań szybkości uruchamiania się, pracy, zamykania Mac-ów z PC. Jak by to było zaskoczeniem - 10:0 dla Mac-a :). Doszedłem do wniosku, że warto przyjrzeć się tej platformie jeszcze dokładniej a nawet zrewidować swoje plany zakupu nowego komputera. 
Prezentacja porównująca Mac OS X i Vistę okazała się częścią tak zwanego keynote podczas WWDC2006, którą mogłem później w częściach obejrzeć na YouTube. Przy okazji dowiedziałem się co to jest WWDC (World Wide Developer Conference) i na czym polega. Mimo że keynote łącznie trwał około 1,5h, obejrzałem go z zaciekawieniem. Szczególnie prezentację nowej wersji Mac OS o nazwie Leopard. Opisany wówczas  Time Machine, Spaces, Front Row, Spotlight, Core Animation, Dashboard z WebClip i inne możliwości, wywarły na mnie ogromne wrażenie. Na stronie Apple była swego czasu strona Leopard Sneak Peak czyli prezentacja kilku (~8) nowości zaprezentowanych wcześniej na WWDC2006. Notoryczne oglądanie ich powoli zaczęło nakręcać mnie do zmiany platformy na Apple.

 

Dalsze poznawanie i wstępne plany

Najtańszym dostępnym notebookiem Apple z Mac OS X był biały MacBook (tak jest z resztą do dziś). Wpisując w Google frazę “MacBook test” zostałem ponownie odesłany do YouTube, gdzie mogłem się przekonać jakie “moce przerobowe” kryją się w tym zwiewnie wyglądającym notebooku

Dobrze zindeksowany wtedy okazał się również polski tekst, którego już niestety nie ma :(. Mowa o bogato ilustrowanej pierwszorzędnymi zdjęciami recenzji białego MacBooka na fotograficznym blogu Studia Macgal, który obecny jest dziś pod innym adresem. Dostępną wtedy recenzję przeczytałem chyba z 10 razy (sic!) nakręcając się powoli i nieodwracalnie na zakup tego cacka :).
Kwiecień ’07 zakończyłem postanowieniem odkładania funduszów na ten cel. Międzyczasie przeczytałem też testy-recenzje pierwszego MacBooka Pro na Intelu (obiektu jedynie moich marzeń), iMac-a 24” oraz porównanie “białej i czarnej owieczki” (MacBooka białego i czarnego). Mam nawet zachowane zdjęcia z wszystkich recenzji. Na szczęście zrobiłem to zanim blog zniknął i mam nadzieję, że mogę je sobie magazynować w iPhoto ;)

 

Nakręcania się ciąg dalszy

Na tym samym blogu zdążyłem przeczytać też tekst o przesiadce na Maca, który podczas zbierania funduszy rozwiał moje obawy. Kiedy już przeczytałem tam wszystko co dało się przeczytać z linków trafiłem na wczytujący się wówczas minutę Mac.Chwilami.pl (obecnie najpopularniejszy blog Mac-owy AppleBlog). 

[jeśli ktoś przesłałby mi screen Mac.Chwilami.pl z początku 2007 roku do umieszczenia go w to miejsce, byłbym wdzięczny :) ]

Stamtąd przeszedłem na blog.fotogenia.info, gdzie przeczytałem niebagatelny tekst “Czy warto schylić się po nadgryzione jabłko”.

Kolejnym odwiedzonym blogiem była Pestka z Jabłkiem (dziś Macabra). Sukcesywnie poszerzałem swoje zakładki o nowe adresy: M@kowiec, MójMac.pl, MyApple i regularnie odwiedzałem je czytając coraz to nowsze informacje ze świata Apple. Niestety podobnie jak większość PC-towców nie wiedziałem co to są kanały RSS i jak produktywnie z nich korzystać. Odwiedzałem te strony wchodząc na każdą z osobna po kilka razy dziennie, ale naprawdę warto było.
Oprócz czytania blogów obejrzałem wszystkie możliwie Mac-owe klipy na YT z sufiksem …unboxing. To głębiej utwierdzało mnie, że to nie byle jaki sprzęt skoro jego otrzymanie i odpakowanie jest ceremonią godną uwiecznienia i opublikowania.
Naganne byłoby wtedy przegapienie keynote z WWDC’07 czy pozostałych event-ów.
Jakby nakręcania było mało, zachęcony konkursem na Appleblog, w którym do wygrania był program Disco Mac, kupiłem pierwsze wydanie “Apple OS X Tiger Poradniki dla Początkujących”. Przeczytałem je od deski do deski poszerzając tym samym wiedzę o systemie, z którym przyjdzie mi pracować i oddawać się rozrywce.

 

Trudne oczeeekiiiwaaanie

Rozpoczęte z końcem kwietnia odkładanie na białego MacBook-a, na którego się niesamowicie nakręciłem miało mieć finał w sierpniu, jednak już pod koniec lipca zmieniłem cel. Nowym celem był MacBook black. Można powiedzieć, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, jednak w moim przypadku codzienne (sic!) patrzenie na zdjęcia “białaska” spowodowało chyba, że już mi się opatrzył. Mimo, że do dziś uważam go za bardzo pięknego, to jednak decyzja padła na czarnego MacBook-a również z uwagi na wyższe parametry (dysk), którego wolałem, żeby mi nie zabrakło. Termin nabycia Mac-a odsunął się zatem o miesiąc.
Szybko się jednak okazało, że najnowszy system (Leopard) ma być również w języku polskim, a jego premiera ma się odbyć 26 października. 

foto: apple.com

Ta sytuacja zmusiła mnie do przedłużenia oczekiwania. Bez sensu byłoby wtedy kupić Jabłko z Tigerem, wiedząc, że niedługo wyjdzie w pełni polski system. Ponieważ nie zamierzałem przestać odkładać środki, cel zmienił się kolejny raz. Tym razem na MacBooka Pro, dokładnie tego, który wcześniej był jedynie niedoścignionym obiektem moich marzeń.

Przeczytałem jego recenzję na notebookcheck.pl, tradycyjnie nie jeden raz :). 

zrzut: notebookcheck.pl

Jak by tego było mało, to model ten znajduje się na szczycie listy tego serwisu, kiedy posortować ją według ocen :D. Takie coś jeszcze bardziej utwierdziło mnie w moim przekonaniu i planie.
Z pewnością wiele osób w myślach stukało się w głowę, kiedy słyszały, ile mam zamiar wydać na notebooka; “Naprawdę nie szkoda Ci?” “Już byś miał samochód za tyle…”. Nie rozumiały mojego nakręcenia, rzeczywistych potrzeb i wymagań, ale też tymi umoralnieniami nie zniechęcały mnie ;). Byłem już pewien swego, zdeterminowany i nie miałem zamiaru się poddać.

 

Blisko… bliżej… najbliżej…

26-go października przyszła oczekiwana przez cały “świat Mac-owy” premiera i start sprzedaży Leoparda. W Polsce nie było jeszcze długo Mac-ów z preinstalowanym Leosiem, ale okazało się Mac-i zakupione z Tigerem po 26 października zostaną objęte programem UpToDate i użytkownicy otrzymają możliwie “szybko” po zakupie nośniki z Leopardem za dopłatą 45 zł.

Ponieważ na początku listopada miałem już kwotę niezbędną na zakup MacBooka Pro, postanowiłem jeszcze zapytać Pawła Nowaka (AppleBlog), czy warto kupować teraz (listopad ‘07) Mac-a. Rozwiał moje wątpliwości pisząc, abym nie zwracał uwagi na plotki krążące o mających się pojawić nowych MacBookach (Pro). Jak widać miał rację, gdyż w styczniu’08 wyszedł MacBook Air, którego nie nabyłbym ze względu na moje wyższe wymagania dotyczące mocy, natomiast nowe MacBooki (Pro) mają zostać  zaprezentowane we wrześniu (informacja niepotwierdzona).
Zaproponował mi również pomoc w zakupie, dzięki czemu 5 listopada, łapiąc się przy tym na program UpToDate, urzeczywistniłem moje marzenie, którego realizacja przebiegała pól roku! :).

Pamiętam dokładnie dzień w pracy, kiedy dzwoniłem do kuriera upewniając się czy wiezie dla mnie paczkę. Potem otrzymałem telefon z domu, że paczka już jest na miejscu.
Odpakowania nie uwieczniłem bo nie miałem czym, z resztą nie wiem czy byłbym w stanie :). Radość odebrała mi apetyt, z resztą nic więcej się oprócz zawartości paczki nie liczyło.

zdjęcie z mojego ówczesnego bloga na onet.pl :P

Odpakowanie i położenie MacBooka Pro na ławie było dla mnie naprawdę niezapomnianym przeżyciem, w dodatku ten zapach… :) Znany jestem z tego, że prawie wszystko muszę powąchać. Jest to czasem (tzn. zawsze) śmieszne, ale tak już mam i przywiązuję do tego uwagę :). Fakt jest taki, że zapachu nowego sprzętu od Apple nie da się podrobić. Tak samo pachniała zakupiona równolegle Mighty Mouse. Tak samo pachniał też nowy iPhone i Wireless Keyboard, którą kupiłem niedawno.

Pierwsze uruchomienie nie było dla mnie niespodzianką, gdyż już jego przebieg widziałem. Niespodzianką okazała się natomiast niemożność ominięcia kroku przy wyborze domyślnej sieci bezprzewodowej. Była na liście jedna sieć zabezpieczona i nazwie “Default” a bez podania hasła do niej nie mogłem przejść dalej. Szybko zadzwoniłem do Pawła (AB), z prośbą o pomoc. Ponieważ radość z nowego nabytku ograniczała moją jasność umysłu, poradził mi żebym podłączył do zasilania ruter WiFi… o ile go mam.
Na szczęście specjalnie do użytku z Mac-iem, wyposażyłem się w Bramkę WiFi, która po podłączeniu dała niezabezpieczoną sieć o nazwie “Linksys” w zasięgu :P 

Później okazało się, że jakiś mój sąsiad ma zabezpieczoną sieć o nazwie “Default” (bardzo oryginalnie! pewnie się długo zastanawiał przy jej ustawianiu :P). Gdyby nie było żadnej sieci w zasięgu, lub sieć sąsiada okazała się otwarta, pewnie przeszedłbym wtedy dalej bez zatrzymania.

Pierwsze spotkanie

Po ukończeniu wprowadzania danych i wyborze ustawień w Asystencie, zobaczyłem biurko Tigera i… właśnie, co tu zrobić, za co się wziąć? To był specyficzny moment. Tak naprawdę nie miałem do czynienia wcześniej z żadnym Mac-iem a chłonięta przez ostatnie pól roku wiedza była tylko teorią. Jednak po pierwszych pięciu minutach bezcelowego wchodzenia w preferencje, przemierzaniu teczek w Finderze i uruchamianiu kilku programów, zacząłem już na trzeźwo dostosowywać mojego Maca do moich potrzeb.
Pierwsza była regulacja gładzika, gdyż kursor myszy przesuwał się trochę za wolno jak na moje przyzwyczajenia, potem wybór polskiej klawiatury. Polonizowanie odpuściłem sobie ze względu na i tak mający nastąpić niedługo update do Leoparda.

Po skonfigurowaniu bramki WiFi. Mój “Makuś” (bo tak został mój MBP ochrzczony :) z resztą chyba nawet nie przeze mnie), otworzył się na świat. Pierwszym programem jaki zainstalowałem był Adium, który okazał się lepszą alternatywą dla GG. Instalacja i konfiguracja była bajecznie prosta, mimo że ręcznie musiałem dodać wszystkie kontakty. Dzięki pisaniu ze znajomymi z GG przez Adium w jakieś 2 tygodnie nauczyłem się sprawnie pisać polskie znaki z lewym altem. Dopiero sprzedawane już od początku 2008 roku Mac-i posiadają zarówno prawy i lewy alt.



Następnego dnia w pracy, do której zabrałem dysk z używanego dotychczas PC z domu, w gotowej skonfigurowanej tam sieci, przeniosłem wszystkie swoje dane (dokumenty, zdjęcia, muzyka, filmy). Sieć w pracy jest skonfigurowana ręcznie (nie DHCP), ale odnalezienie okna tych ustawień w Mac OS nie było żadnym problemem. Dla odróżnienia w Windows Vista miejsce, gdzie wpisuje się adres IP, bramę, maskę podsieci i DNSy, przy sprzyjającym szczęściu znajdziemy chyba w jakichś 9 kliknięciach, ale średnio w 16 z uwagi na błądzenie po jakimś Centrum Sieci i czegoś tam :P. W Windows XP, jeśli mamy “Połącz z…” w Menu Start (a domyślnie nie mamy :P), dotrzemy w to miejsce po 5 kliknięciach. W Mac OS X do okna konfiguracji IP dotrzemy w 3 kliknięciach (Preferencje systemowe w dock-u –> Sieć –> Ethernet) Proste! :).
Po powrocie do domu bez zastanawiania się jak, skonfigurowałem program pocztowy mimo, że w Tigerze nie było automatycznej konfiguracji konta Gmail. Tak, to prawda, wysypał się 3 razy zanim pobrał około 500 dotychczasowych wiadomości w tym jakąś połowę z większymi lub mniejszymi załącznikami. Jednak dziś nie wyobrażam sobie korzystania z poczty w inny sposób. 

Mail.app


Przeniosłem też szybko zakładki z Windowsowego na Mac-owe Safari. Szczerze mówiąc, spodziewałem się utrudnień jeśli chodzi o synchronizowanie kalendarza i kontaktów z moim ówczesnym SonyEricssonem W810i. Wystarczyło jednak tylko sparować telefon przy pomocy Asystenta Bluetooth, a potem po prostu kliknąć w iSync przycisk “mielenia” (synchronizacji ;) ), by po chwili zobaczyć wszystkie kontakty w Książce Adresowej a zaplanowane zadania w iCal-u.


iSync.app

Ciekaw bylem też jak Mac zareaguje na mojego pendrive, ale nic szczególnego się nie stało. Zamontował się ekspresowo na biurku, BEZ jakichś zbędnych informacji, że go znalazł i rzekomo szuka dla niego sterowników. (Patrz: “dymki dezinformacji” w Windows XP). Mighty Mouse również działa od razu (właśnie; nie po kilku sekundach, tylko natychmiast) po podłączeniu jej do komputera.
Pomyślałem, że pewnie będę musiał zrezygnować z oglądania filmów kodowanych w DivX itp. Nic z tych rzeczy. Instalacja niektórych dodatków, o jakich czytałem wcześniej nie była żadnym problemem. Z pomocą przyszedł Perian, dzięki któremu można oglądać filmy kodowane w różnych egzotycznych formatach. W przypadku typowo Windowsowych formatów AVI i WMV, wystarczyło zainstalować Flip4Mac i już można je oglądać w QuickTime. Do formatu rmvb używam Real Player for Mac, który w porównaniu z Windowsowym, nie jest jakimś ciężkim kombajnem, który oprócz tego że wyświetla sprawnie filmy, niczego nie psuje, nie wyświetla jakichś dziwnych alertów i nie obciąża komputera.

Z komputerem otrzymałem pakiet iLife, z którego po prostu da się korzystać i robi się to z przyjemnością. Dostarczono równierz 30-dniowy trial iWork’08, który jest świetną alternatywą dla Windowsowego Office oraz Office 2004 for Mac, który jakoś nie przypadł mi do gustu. iWork okazał się tak świetny, że bez wahania zakupiłem licencję zaraz po upływie triala. 


foto: apple.com

Dziś niespolszczony (za to z zainstalowanym w systemie CheckSpell - sprawdzanie pisowni w języku polskim) sprawdza się bardzo dobrze w codziennej pracy jak i nawet w pisaniu tego tekstu.

A propos licencji. Niesamowicie kontrastuje fakt, że na Windows (oprócz samego systemu) nie wyobrażałem sobie płacić z jakiś program. Nawet bardzo dobry, nie był moim zdaniem  wart moich pieniędzy. Pocieszałem się tylko wersjami extra-basic-lite-demo albo darmowymi odpowiednikami (czytaj. Open Office, Avast Home). Jeśli chodzi o programy na Maca, to te za które trzeba zapłacić są naprawdę świetne i warte tego by na nie wydać! Poza tym co jakiś czas organizowane są promocje (MacUpdate Promo czy MacHeist), gdzie czasem można kupić paczki kilkunastu, naprawdę ciekawych programów za 10% wartości wszystkich (sic! :)). 

 

Dziś

Obecnie jestem szczęśliwym użytkownikiem Mac-a i nie wyobrażam sobie powrotu do Windows, który dziś służy mi jedynie do grania w niektóre weekendy. Nie mam zamiaru słodzić Mac OS X ani całej tej platformie. Czemu? Po prostu nie trzeba. Nie żałuję żadnego podjętego kroku w kierunku zmiany. Dzięki niej, poznałem nowe możliwości komputera, takie jak sprawne i wygodne zarządzanie pocztą za pomocą programu pocztowego. Z innymi programami Typu Outlook czy Thunderbird jakoś mi to nie wychodziło. Poznałem w pełni co to są kanały RSS i jak z nich korzystać (NetNewsWire). 


zrzut: NetNewsWire

Odzwyczaiłem się od strachu przed wirusami (mimo to nie zapomniałem co robić, aby się ustrzec wirusów pod Windows). Zacząłem dbać o bezpieczeństwo swoich danych (Time Machine). Nauczyłem się tworzenia arkusza stylów (CSSEdit), kolekcjonowania i trzymania w porządku swoich fotografii (iPhoto), efektywnego zarządzania swoim czasem i kontaktami (iCal+Książka Adresowa), wygodnego zarządzania hasłami i zabezpieczonymi notatkami (1Password). Oddałem całą słuchaną przez siebie muzykę w “ręce” biblioteki iTunes, i już nie interesuje mnie gdzie jest dany utwór na dysku (na pewno w ~\Muzyka\iTunes\, gdzie nigdy nie zaglądam). Przesłuchuję ją teraz z automatycznych list, dobierając odpowiednie kryteria ocen a nie jak wcześniej, z jakichś folderów średnio uporządkowanych. Nie męczę się jakimiś DVD Power Producerami do odtwarzania DVD. Jest po protu Odtwarzacz DVD, lub FrontRow. Przyzwyczaiłem się do pracy z 6-ścioma przestrzeniami (Spaces), dzięki czemu nawet przy uruchomieniu wielu programów jest ład na biurku.


Moje Spaces

Mam już również skompletowany zestaw widgetów w Dashboard, do których się przyzwyczaiłem a bez których na co dzień ani rusz.
No i w końcu… Gdyby nie przesiadka na Mac, nie byłoby AppleArt

 

Pochłonięty

Przesiadka na Mac-a niesie ze sobą pewną dolegliwość. Jest nią zarażenie się produktami Apple i innych firm produkujących akcesoria do Mac-ów. Tak jest przynajmniej w moim przypadku. Zacząłem od MacBooka Pro, potem doszedł iPhone, Apple Wireless Keyboard, a chętnie nabyłbym w celach ozdobno-praktycznych Lampkę (iMac G4).
Tylko ze względu na “Makusia” zdecydowałem się na zakup Tabletu i Griffin Elevatora oraz zewnętrznego dysku na potrzeby TimeMachine. Czasem nachodzi mnie nawet chęć kupna jakiegoś przydatnego programu, albo praktycznego gadżetu przeznaczonego dla Mac-a ;)

 

Podsumowanie

Kończę ten tekst w nadziei, że rozwieję wątpliwości tych, którzy z obawami patrzą w kierunku nieznanego im jeszcze Macintosha. Na pewno każdy, kto świadomie podejmował decyzję o zmianie platformy, miał chwile słabości i wahał się, czy przesiadka nie przysporzy mu / jej więcej problemów niż korzyści. Nie znam osoby, która po takiej zmianie, dobrowolnie się wycofała wykonywać swoją pracę na PC. Jak wynika z mojej historii, na zmianę bardzo bobrze się przygotowałem, a przygotowania te były dla mnie przyjemnością. W konsekwencji spotkanie z Mac-iem nie było dla mnie niespodzianką.
Mimo, że Mac OS X to najbardziej intuicyjny system, (niemalże zgodnie z ideą: “wszystko w maksimum 3 kliknięciach”), to nie da się z miejsca zacząć z nim pracy z bagażem doświadczeń i przyzwyczajeń z Windows. Wymaga to zapoznania się z dostępnymi w sieci informacjami, zaglądnięcia na blogi prawiące o Apple.
Ponieważ, jak pisałem wcześniej, chłonięcie tej wiedzy jest przyjemnością a kolejne rozwiane obawy budują, Switch to Mac jest niesamowicie pozytywnym doświadczeniem, którego wszystkim użytkownikom PC życzę.

Autor wpisu: Przemek Witkowski | data publikacji: 11 sierpień 2008 | 23:43


Śledź komentarze za pomocą RSS
Jeśli chcesz widzieć avatar przy własnym komentarzu, zarejestruj się na avatars.pl, w polu e-mail wpisz adres użyty podczas rejestracji.

32 komentarze(y) do “Jak przebiega Switch to Mac - z mojego życia wzięte”

Napisz co o tym sądzisz...